70-letni syn, z uszkodzonym kręgosłupem, nie jest w stanie jej podnieść. Dzwoni na pogotowie. Słyszy odmowę. Kolejny telefon: 997. Dwóch policjantów z trudem podnosi seniorkę. Dzwonią na 112. Wzywają ratowników medycznych. Ci przewożą kobietę do szpitala. Kontakt z lekarzem udaje się o 15. Andrzej pokazuje wyniki ostatnich badań mamy: zakrzepica, zagrożenie zatorem płucnym, groźba zawału. Zero reakcji. „Czekać w domu na telefon”. Mija noc. Telefon milczy. Rano na SOR żadnej informacji. Po dwóch godzinach zjawia się lekarz: Pacjentka do domu. Kobieta przeleżała w salce do badań ponad dobę bez picia. 

Płaca minimalna znów wzrośnie. O ile? I tak ma szczęście! Mieszka z nią troskliwy syn. Coraz więcej Polaków, głównie Polek, w wieku 80 plus nie ma w pobliżu ani partnera (bo zmarł), ani dzieci (bo mieszkają gdzie indziej), ani przyjaciół (też się wykruszają). Przy polskim tempie życia i intensywności pracy, zwłaszcza w miastach, nie każdy może liczyć na sąsiadów. W krajach rozwiniętych, gdzie długość życia jest jeszcze większa niż w Polsce, a społeczeństwa postarzały się wcześniej, samotny jest więcej niż co drugi senior. Dlatego od wielu lat tworzy się skuteczne systemy wszechstronnego publicznego wsparcia ludzi starszych. Inną dla tych, którzy jeszcze biegają i radzą sobie w większości przypadków sami, inną dla półmobilnych, inną dla niesprawnych ruchowo i (lub) intelektualnie. Ośrodki dzienne, kluby, przychodnie, szpitale, ale też chodniki, domy mieszkalne, komunikację, urzędy, parki, sklepy – wszystko aranżuje się tak, by zapewnić godne i komfortowe życie ludziom stanowiącym coraz większą część populacji. Za 30 lat (tyle mija od upadku PRL) co drugi Polak będzie emerytem. A my mamy kraj zorganizowany tak, jakby nad Wisłą żyli sami piękni dwudziestoletni.
Zbigniew Bartuś,
Fot. Wojciech Matusik, Dziennik Polski